LEKCJA ANATOMII DOKTORA JACXA. Rozmowa z Jackiem Staniszewskim, człowiekiem renesansu

W dniach 28 – 29 listopada w Suwalskim Ośrodku Kultury odbędzie się II Stachuriada. Pierwszy dzień spotkań z muzyką, poezją i warstwa graficzną zakończy o godz. 20.30 wernisaż wystawy Jacka Staniszewskiego – JACX [WORKS]. Około godz. 21.00 uczestnicy Stachuriady przeniosą się do sali kameralnej SOK na muzyczną „Maszynę do Mięsa”, inny projekt tego artysty. W programie wydarzenia propozycji jest o wiele więcej – szczegóły w kalendarzu.

Na naszej stronie można wygrać wejściówki na koncerty Mirosława Czyżykiewicza – 29 listopada o godz. 18.00 (2 szt.) i „Pink Freud”  – 28 listopada o godz. 19.00 (2 szt.). Wystarczy odpowiedzieć prawidłowo na pytania konkursowe.

Konkurs 1: W jakim zespole zadebiutował Mirosław Czyżykiewicz? (nagrodą są 2 pojedyncze bilety na koncert tego artysty).
Konkurs 2: Do jakiego filmu zespół „Pink Freud” skomponował muzykę? W którym roku miała miejsce premiera tego projektu? (nagrodą są 2 pojedyncze bilety na koncert tego zespołu).

Odpowiedzi prosimy przesyłać mailem: redakcja@niebywalesuwalki.pl Bilety otrzymają osoby, które najszybciej udzielą prawidłowych odpowiedzi na pytania konkursowe.

Z Jackiem Staniszewskim rozmawiała Krystyna Kozioł.

plakat_balladyna_jacx
Balladyna, plakat (Jacek Staniszewski).

Krystyna Kozioł: Jesteś malarzem, grafikiem, muzykiem, autorem tekstów piosenek, które osobiście wykonujesz, autorem ponad 500 plakatów do spektakli teatralnych, wystaw i koncertów, projektantem niezliczonej ilości szat graficznych płyt różnych zespołów, w tym mojej ukochanej – „Kaszëbë” Ola Walickiego, autorem Drogi Krzyżowej w kościele ojców kamilianów w Warszawie oraz szefem Katedry Grafiki Społecznej na ASP w Gdańsku. Uf. Nie da się tego wypowiedzieć na jednym oddechu, ani nawet na dwóch. Próbowałam.

Jakie to uczucie – być współczesnym człowiekiem renesansu?

Jacek Staniszewski: Z tym człowiekiem renesansu to powiem ci, że pojechałaś. Ilość działań na początku mojej drogi twórczej była wynikiem prostej konieczności. Kiedy skończyłem studia (Wydział Malarstwa i Grafiki Projektowej w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku – przyp. aut.), nikt – w sensie zawodowym – na mnie nie czekał. Jako student, w imię ideałów własnych, usiłowałem wykreować mój indywidualny styl w sztuce. Pokłosiem tej próby był udział w zbiorowej wystawie pt. „Ekspresja lat 80”, prezentowanej w BWA w Sopocie w 1986 roku. Oprócz mnie wzięli w niej udział między innymi Mirek Bałka, Jarek Modzelewski, Marek Sobczyk i szybko okazało się, że świat – także świat sztuki – dzieli się jednak na Polskę centralną i całą resztę. Pomorze, na którym żyłem i tworzyłem, zdecydowanie znajdowało się w tej drugiej, peryferyjnej strefie. Koledzy z Warszawy zaczęli robić swoje błyskotliwe kariery, a ja grzecznie wróciłem na moją uczelnię w charakterze grafika. Zacząłem projektować plakaty i okładki płyt dla znajomych, zajmujących się teatrem i muzyką. Kiedy zauważyłem, że mnie to męczy, z potrzeby zmiany zacząłem zajmować się od czasu do czasu działalnością muzyczną – performensem. I tak mi zostało. Koncerty, w których biorę udział, odbywają się raczej rzadko i polegają na improwizacji.

W ten sposób granie stało się trwałym sposobem na chwilowy, ale intensywny reset dla bycia grafikiem.

Autor: Jacek Staniszewski.
Autor: Jacek Staniszewski.

Która z aktywności artystycznych pochłania cię w tej chwili najbardziej?

Zaprzedałem duszę Pracowni Propagandy Społecznej, którą prowadzę na ASP w Gdańsku.

Doskonała nazwa! Od jak dawna istnieje ta pracownia? 

Powstała jakieś cztery lata temu. Na początku była to po prostu jedna z wielu pracowni projektowych, ale zaczęło mnie irytować, że wszystko, co tam robimy, jest rodzajem symulacji. Wiesz, szereg plakatów do dawno powstałych filmów czy dzieł teatralnych, do których plakaty już kiedyś przecież stworzono i powieszono. Po co projektować kolejne plakaty do filmów Felliniego?! To przecież jakiś absurd! Chciałem robić z ludźmi w tej pracowni rzeczy społecznie użyteczne, zaangażowane, ideowe. Chciałem wzbudzić w młodych ludziach, z którymi tam pracuję, potrzebę ludzkich odruchów, ich reakcji na rzeczywistość… Ważne jest, żeby na bieżąco komentować sytuację.

Nie przepadam za sztuką konceptualną, gdzie artysta upaja się swoim obiektem, kurator tak samo, a publiczność nie wie, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi.

Co i gdzie pokazujecie w ramach sztuki interwencyjnej?

Dla pełnej jasności: uprawiając sztukę zaangażowaną, nie rezygnujemy z jakości artystycznej, przynależnej sztuce. Te plakaty same w sobie muszą być dziełami sztuki, każdy z osobna. I nimi są. A co do tematów, pracujemy nad rozmaitymi: Polska wolna od alkoholu, dzień bez zakupów, depresja. Robimy plakaty na rzecz Ukrainy. Wszystkie one wiszą później w różnych miejscach w przestrzeni publicznej. Na przykład w styczniu i w lutym tego roku, po dramatycznych wydarzeniach na Majdanie, w których zginęło tylu ludzi, nasze plakaty wisiały przy głównej ulicy w Kijowie, w samym centrum tych zdarzeń sprzed kilku zaledwie wtedy miesięcy. Teraz, w rocznicę tej rewolucji, Instytut Kultury w Kijowie chce po raz kolejny wyeksponować te prace. Będzie to więc z naszej strony taka wizualna paczka humanitarna dla Ukrainy.

Jak określiłbyś różnice pomiędzy swoją działalnością plastyczną a koncertowo-performerską?

Różnica jest jedna. Za to zasadnicza. Muzyka jest tworem zbiorowym – na koncertach, jako muzycy, rezonujemy ze sobą nawzajem, z publicznością i ze wszystkim, co się wokół dzieje. W sztukach wizualnych zawsze działam sam. W pojedynkę.

Chyba jednak niezupełnie. Pracownia Propagandy Społecznej jest przecież jakoś, do pewnego stopnia, oparta o działania grupowe…

Moja rola w pracowni ogranicza się do wyprowadzania idei i zagajania dyskusji na ich temat. Jestem takim trochę samolotem, który ciągnie na linie szybowiec – ale tylko do pewnego momentu. Po opowieści pod tytułem: „o co walczymy, dokąd zmierzamy”, odcinam linę z nadzieją, że moi studenci polecą dalej z tematem sami… Oczywiście, na bazie tego, co wcześniej wspólnie ustaliliśmy.

Czyli – jesteś w tej pracy przewodnikiem. Jak ona konkretnie wygląda?

Wykonujemy wspólne korekty projektów, obsesyjnie pilnując treści. Wychodzę z założenia, że treść plakatu musi być zrozumiała dla każdego, bez względu na jego zdolności intelektualne. Plakat jest dla mnie jak znak drogowy. A więc podstawą dobrego plakatu będzie jasny, czytelny komunikat. Odbiorca nie może się odwrócić w niezrozumieniu, przeciwnie – chodzi o to, żeby go zainfekować sytuacją, która jest dla nas tematem dzieła.

Myślę sobie, że tyle działalności artystycznych nie ma prawa zmieścić się w jednym człowieku. Może właśnie dlatego funkcjonujesz pod różnymi nazwami własnymi: nie tylko Jacek Staniszewski, ale także Jacx (wystawy) i dr Jahkilla (z zespołem „Maszyna do mięsa”). Czy w twoim przypadku, podobnie jak w przypadku bohatera noweli Stevensona („Dr Jekyll i Mr Hyde” – przyp. aut.) także można pokusić się o diagnozę psychopatologii i podwójnej (co najmniej) osobowości?

To prawda. Nigdy nie podpisuję prac własnym imieniem i nazwiskiem, działam pod pseudonimami. Psychopatologia…? Chyba nie, bez przesady. Raczej silna potrzeba ukrycia się.

Ale wtedy bywasz nierozpoznawalny, a to z kolei źle robi ci na pijar.

Moim celem nie jest osiągnięcie popularności, ale czegoś, co jest najbardziej satysfakcjonujące dla samego siebie. Nie interesują mnie przepychanki przez drzwi z napisem: SUKCES.

To zabawne, właśnie przypomniałem sobie, że kiedyś byłem też Kubą Rozpruwaczem i Prosiaczkiem… Tak, tym z „Kubusia Puchatka”.

Autor: Jacek Staniszewski.
Autor: Jacek Staniszewski.

W przeciwieństwie do reżysera teatralnego Grzegorza Jarzyny, chyba nigdy nie zafunkcjonowałeś natomiast pod pseudonimem kobiecym…

Nie. I nie rozumiem, dlaczego nie przyszło mi to do głowy. Tym bardziej, że mieszanie płci na poziomie kreacji artystycznej mnie bawi, często wykorzystuję ten zabieg w moich pracach.

W jaki sposób?

W kolażach sam sobie dodaję aspekty kobiece. Ktoś kiedyś powiedział mi zresztą, że w pracach nadużywam kobiecej seksualności.

Czy oznacza to tęsknotę za kobiecą energią w sobie?

Na jakimś poziomie na pewno tak. Ale niedosłownie. Zdarzyło mi się być przebranym za kobietę i okazało się, że aspekt realistyczny całej tej sprawy do mnie nie pasuje. Źle się z nim czuję. Osobiście nigdy nie wszedłbym w tę drugą płciową skórę, ale jestem zdania, że Lou Reed w makijażu mówi nam coś istotnego… Podobnie jak androgyniczni Tilda Swinton czy Dawid Bowie.

Artyści lubią używać w swoich prezentacjach aspektu kobiecości – to jest jak zmiana timbre’u głosu. Dostają do ręki narzędzie, które – paradoksalnie, bo rzecz polega jednak na schowaniu się w płci odmiennej – pozwala im się otworzyć i stać się maksymalnie szczerymi.

Jak na obrazach Otto Dixa, na których króluje radość i przepych. Poetyka kabaretu niemieckiego oraz współczesnego techno. Przebieranki jako specyficzny rodzaj wiwisekscji weekendowej (śmiech).

W naszej rozmowie kolejny raz powraca wątek chowania się – wcześniej za pseudonimem, teraz w powłoce innej płci… Skąd bierze się w tobie ta potrzeba?

Wiesz, ja nigdy nie byłem osobą, która stoi na pierwszej linii frontu albo z uśmiechem idzie na zbiórkę harcerską. Od dziecka peszyłem się w takich sytuacjach.

Organicznie nie znoszę kamer, stanie przed nimi jest dla mnie potwornie nienaturalne. Zawsze staram się sprowadzić konieczność moich telewizyjnych występów do hasła: jak najszybciej zgaśmy to światło.

W 1998 roku zrealizowałeś projekt: „Wild Life is Us” – „Dzikie życie to my”. W Warszawie zawisło wtedy 100 kontrowersyjnych billboardów, na których natura wdziera się ostro w tkankę miejską, cywilizacyjną. Opowiesz o tym projekcie?

W projekcie „Wild Life is Us” wypełniła się moja osobowość kreatora czystej sztuki. Miałem olbrzymią frajdę z tej pracy, bo w 1998 roku billboard był już silnym nośnikiem treści, mocno zintegrowanym z ulicą, a jednocześnie w dalszym ciągu potrafił zaskakiwać. Tytuł projektu powstał w oparciu o serial dokumentalny, prezentowany w tamtym czasie w TV – „Wild Life”. Poszedłem krok dalej, niż twórcy dokumentu z konstatacją, że zarówno flora, jak i fauna funkcjonują na co dzień w miastach. To nikt inny, tylko my jesteśmy tym dzikim życiem, które pojawia się na eleganckich salonach i ulicach.

W grafikach i na plakatach tworzysz sztukę gwałtowną, z przytupem, z mocnym znakiem destrukcji, a jednocześnie jest ona lekka, dowcipna, często bawisz się w niej słowem. Nazwy zespołów, w których grasz, też szalenie są intrygujące – „Chlupot mózgu”, „Maszyna do mięsa”… Urodziłeś się z taką tendencją? Lubisz horrory?

Lubię. Chociaż nie lubię przemocy. Ale jeśli ona dochodzi do głosu w rzeczywistości, to trzeba o niej mówić. Także w sztuce. Głośno i wyraźnie. Bez zamiatania pod dywan. Poza tym od zawsze jestem zwolennikiem przekazywania emocji w sztuce. Jeśli na plakacie czy w grafice brakuje emocji, wszystko sprowadza się do dizajnu na poziomie IKEI, do gry form, lejałtów, literek, całego tego pierdolnika. Dizajn jest jak granie do kotleta. Dizajn to eutanazja, całkowite odcięcie uczuć.

Wierz mi, wiem, o czym mówię. Przez całe lata parałem się dizajnem.

Porzuciłeś go świadomie i definitywnie?

Czy definitywnie – kto to może wiedzieć? Ale świadomie – jak najbardziej.

W Warszawie odbywa się regularnie biennale plakatu. Do pewnego momentu trzymało poziom, ale kilka lat temu młodzi dizajnerzy pomyśleli, że trzeba imprezę przewietrzyć. Przy kwalifikacjach prac kryterium emocjonalności zastąpili dizajnem. W zeszłym roku wysłałem tam trzy moje plakaty i kiedy wszystkie mi już na starcie odwalili, strasznie się ucieszyłem. Pomyślałem sobie: cudownie. Ta dyskwalifikacja świadczy tylko o tym, że nadal znajduję się w kategorii: czysta sztuka.

Nie rozpieszczasz nas kolorem…

Prawda. Moje prace to jest rodzaj lekcji anatomii. Po co ci ten kolor? Generalnie cały świat nasycony jest kolorem, do wyrzygania. W sztuce trzeba ściągnąć wszystko, co jest takie milusie.

Będę nudna i znowu ośmielę się zauważyć, że we współczesnej rzeczywistości nie sprzyja to twojej autopromocji.

Nie jestem super popularny, ale to na własną prośbę miksuję się z sytuacji pierwszego planu. Jestem Krzysztofem Majchrzakiem polskich sztuk wizualnych (śmiech).

Jakie są twoje autorytety w sztukach pięknych?

Mój ulubiony kierunek to pop-art.

Dziwne, bo tyle jest w nim kolorów…

Fakt. Ale w pop-arcie najbardziej podoba mi się to, że jego twórców tak bardzo interesowało samo życie. Mnóstwo banalnych, pozornie nieważnych spraw i sytuacji, jakich na co dzień doświadczali. Lubię Jenny Holzer, która tylko wywiesza albo wyświetla na nowojorskich budynkach proste komunikaty typu: „Chroń mnie przed tym, czego pragnę” albo: „Tortury to barbarzyństwo”. Cenię sztukę, która wchodzi w dialog z ludźmi.

Lubię Picassa. „Guernica” jest dla mnie pierwszym billboardem antywojennym.

Z kolei Jackson Pollock to dla mnie symbol obsesyjnego zaangażowania i nieskrępowanej wolności w sztuce.

Ulubieni muzycy?

Lou Reed, Bauhaus, Patti Smith, Iggy Pop. Czyli wszyscy, którzy wzbudzają silne emocje.

Ostatnie pytanie, które za mną chodzi: skąd wziął się pomysł zrobienia Drogi Krzyżowej i to w kościele ojców kamilianów – zakonu posługującego chorym?

Na wystawie, która nazywała się „Raj Utracony” w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, pokazałem dawno temu olbrzymie rysunki z motywami biblijno-komunistycznymi, nawiązujące do historii i estetyki Meksyku. Po tej wystawie otrzymałem zlecenie z klasztoru kamilianów, które zrealizowałem kredkami świecowymi na papierze pakowym. Bardzo znaczące jest to, że „mój” Jezus ma na krzyżu ręce nie przybite, ale wyciągnięte do ludzi. Jest mocarny, o twarzy meksykańskiego hipisa. Cała ta Droga Krzyżowa wygląda trochę jak meksykański komiks, mocno skadrowany.

Nie ocenzurowano ci niczego?

A skąd. Wręcz przeciwnie. Uroczysty obiad z Glempem, uroczyste święcenie prac, te rzeczy. Moja estetyka, jak widać, broni się także w Kościele.

Albo miałeś szczęście do mądrych duchownych.

Którzy także istnieją, Bogu dzięki.

Raj utracony, Jacek Staniszewski.

2 KOMENTARZE

  1. to niebywałe – Mirka znam od 12 lat, robiłam z Nim wywiad do „Zwierciadła” – a nie znam odpowiedzi na pytanie, w jakim zespole zadebiutował. 🙂 niezłe wyzwanie!

Dodaj komentarz