„Korniszony” zagrają w Suwałkach w ramach trasy koncertowej promującej świeżutką płytę. Pojawią się nad Czarną Hańczą w 2015 roku – właśnie planują swój tour.
Zespół tworzą: Piotr Leśniewski, Łukasz Hołubiuk, Marcin Urbaniak, Paweł Leśniewski i Rafał Pawlicki. Ten ostatni śpiewa i gra na czym popadnie; jak trzeba, to i wypić, i zatańczyć potrafi; jest świętokrzyskim wierszokletą, ogniskowym grajkiem, który na co dzień nic tylko chodzi i knuje.
Z Rafałem Pawlickim rozmawiał Paweł Bydelski.
Paweł Bydelski: Kiedy rozmawiasz z kimś i mówisz o Korniszonach, to jak odpowiadasz na pytanie „co gracie?”, bo z pewnością takie pytania padają.
Rafał Pawlicki: Poezję wrzeszczaną. To chyba najlepsze jak do tej pory określenie, które rzucił Łukasz Hołubiuk, jeden z Korniszonów. Gatunkowo dosyć trudno przykleić nam jedną etykietę. Muzycznie skaczemy gdzieś pomiędzy rockiem, bluesem, country, reggae i folkiem To co jest w jakiś sposób spójne, to w pełni akustyczne brzmienie i gitary jako wiodące instrumenty. Jednocześnie główny nacisk kładziemy na słowa, które można by obrazowo nazwać poezją uliczną. Kropką nad i jest męski chór, gdzie pięć zdartych gardeł wykrzykuje z całych sił to, co należy wykrzyczeć.
Może nie jako skrystalizowany twór, ale wygląda na to, że Korniszony funkcjonują już kilkanaście lat, najpierw jako grupa szkolnych kolegów, potem jako zespół – to w dużym skrócie streszczając historię z korniszony.art.pl. Zbliża się wasze pierwsze długometrażowe wydawnictwo, dużo czasu minęło do płytowego debiutu? Nie osłabły w was siły do tej zabawy?
RP: To prawda – zespół jako taki uformował się na przełomie 2005 i 2006 roku, ale znamy się od czasów liceum i pewnie źródeł trzeba by szukać właśnie tam. Co do nagrywania płyty, to dość zabawna historia – sam pomysł przyszedł naturalnie, wraz z pojawieniem się wystarczającej ilości materiału, czyli jakoś w 2008 r. Ale że nikt nie czuł wielkiego ciśnienia, tempo było raczej ślimacze. Po kilku latach, kiedy w rozmowach pojawiał się temat naszej płyty, wszyscy kwitowali to mniej więcej podobnie: „tak, tak – słyszałem, że nagrywacie, już dawno słyszałem :)”. Ostatecznie okazało się, że miało to swoje zalety, bo daliśmy sobie sporo czasu, żeby dopracować brzmienie i aranżację, poeksperymentować w studio i zestawić album w spójną całość. Z drugiej strony przychodzi taki moment, że zaczyna Ci to ciążyć i czujesz, że dobrze byłoby zamknąć temat. Na nas przyszło to w zeszłą zimę, kiedy już wszystko było w dość zaawansowanym kształcie, ale wciąż niegotowe. Postanowiliśmy wtedy uwinąć się do końca 2014 r. i wygląda na to, że się udało. Przyznam, że teraz trochę strach, bo to jakby Ci ktoś odciął jakąś ważną nitkę, ale w gruncie rzeczy to jest duża satysfakcja. I wreszcie będziemy mogli znów skupić się na graniu poza studiem, co zawsze dawało nam najwięcej przyjemności.
Po pierwsze YAPA, po drugie OPPA. Ile znaczą dla Ciebie te nazwy?
RP: Kojarzą mi się jak najlepiej. Z festiwalem YAPA wiąże się powstanie kapeli Korniszony, tam zdobywaliśmy pierwsze sceniczne szlify. Kapitalny festiwal – wspaniali ludzie, atmosfera, nic tylko polecać. OPPA z kolei doskonale pasuje do naszej twórczości i pewnie dlatego od razu poczuliśmy się tam jak u siebie. Atmosfera też świetna, trochę bardziej kameralnie, co ma swoje plusy. Tak czy inaczej – żal ominąć. Na obu festiwalach chcielibyśmy jeszcze wystąpić.
Twoje teksty ogniowym językiem liżą różne dziedziny egzystencji, jest tu i żart filozoficzny i wulgarne słówka, wyczuwam w tym pewną korespondencję z nazwy zespołu z prezentowanym przez Ciebie przekazem, jakby teksty były taką jakby zagrychą?
RP: Jeśli miałbym posłużyć się takim kulinarnym porównaniem, to powiedziałbym, że tekst jest tu trunkiem, a muzyka kieliszkiem czy butelką. W tych piosenkach tekst jest zdecydowanie na pierwszym miejscu. Muzyka go ubarwia, podkreśla, uzupełnia, ale nacisk kładziemy przede wszystkim na przekaz.
Wynajmujecie się na ogniska? Pytam, bo występy na festiwalu YAPA, mogły wzmóc koniunkturę na waszą twórczość w kontrkulturze ogniskowej.
RP: Nie, nigdy taki pomysł nie przyszedł nam do głowy. Zresztą, na naszej stronie publikujemy wszystkie teksty z akordami, żeby zainteresowani mogli sobie sami pośpiewać nasze piosenki. Idealnie nadają się do ochrypłego zawodzenia nad ranem.
„Cały proces zajął kilka lat, aż wreszcie ukazała się pierwsza płyta Korniszonów – Żulia. Świat wstrzymał oddech, jęknął, a tego, co działo się potem, nie sposób ująć w słowa.” Rafał, przecież ta płyta się jeszcze nie ukazała… czy masz jakieś Nostradamejskie korzenie? Bo jeśli tak, to słuchając utworu „Nie warto umierać” ja poczyniłem dopiero wstęp – wstrzymałem oddech, mam nadzieję, że słysząc cały album nie jęknę, a jeszcze większą, że za następców Leppera nie będę umierał… Ale przyznam, ten numer ma szansę stać się kultowym. Znajdziemy jeszcze inne takie perełki na Żulii?
RP: Z Nostradamusem rzadko się widujemy. Ta notka, którą cytujesz, pojawiła się na naszej stronie internetowej, jak wszystko wskazywało na to, że już za chwilę pojawi się płyta. W rzeczywistości cała zabawa przeciągnęła się aż do końca roku, a notka została. Na szczęście jest szansa, że niedługo nabierze mocy – cały album ukaże się już 29 grudnia. Miło słyszeć, że podoba Ci się „Nie warto umierać”. Ten singel pierwszy raz publicznie zaśpiewaliśmy na Oppie w 2007 i jakby nie patrzeć, jest dla nas ważny. Drugi utwór, który jest już w sieci od marca, to „Połoniny kieleckie” – zupełnie inny w brzmieniu i treści, ale jeśli ktoś doczekał pointy, to pewnie się nie zawiódł. Można powiedzieć, że reszta materiału jest gdzieś pomiędzy tymi dwiema piosenkami. W wersjach koncertowych można też posłuchać utworów „Szczury” i „Melodia”. Nudy raczej nie będzie.
W roku 2012 powstała Korniszońska kolęda to bardzo przejmujące dzieło… czy w myśl tej nazwy możemy określić korniszonem typ człowieka, konsumenta, czy mamy odbierać tytuł kolędy jedynie jako coś zagranego przez korniszony?
RP: Raczej to drugie. Kolęda korniszońska 2012 to część szerszego cyklu, w ramach którego w Wigilię staramy się publikować autorską kolędę. To dość ciekawe wyzwanie, gdy musisz wpisać się w jakąś konwencję i chcesz jednocześnie pozostawić swój ślad w tym wszystkim. W zeszłym roku odpuściliśmy z braku czasu, ale teraz wracamy do pomysłu – właśnie pojawiła się Kolęda korniszońska 2014. Jest nieco dłuższa, ale za to w żywszym tempie. A tematyka – jak na kolędę przystało. Trzeba posłuchać.
Może być tak, że moje pytania są aż za głęboką interpretacją, ale np. w odniesieniu do nazwy, bywa, że przypadkowa nawet nazwa staje się jakimś magicznym trafem świetnym pryzmatem do rozszczepiania treści które zespół oddaje w ręce słuchacza.
RP: Szukając nazwy dla kapeli, celowo omijaliśmy słowa zbytnio przeładowane intelektualnie, czy emocjonalnie. Po prostu padło na słowo, które wszystkich ujęło. Ale koniec końców coś w nim jest. Chyba to smak – jak słyszysz, czy mówisz „korniszony”, to od razu czujesz w ustach tę dziwną mieszankę kwasu, słodyczy, pieprzu, goryczy… jak w naszych piosenkach.
Gracie dużo koncertów? Chcecie grać? Jakie macie możliwości czasowe, znaczy łatwo czy nie łatwo wam się zebrać i wyjechać na granie?
RP: Ostatnio prawie nie graliśmy na żywo, bo cała para szła w studio, ale teraz chcemy zacząć koncertować z nowym materiałem. Pierwsze koncerty planujemy w okolicach marca, jak już się otrząśniemy z zawieruchy wydawniczej. W międzyczasie będziemy też przygotować wersje koncertowe niektórych utworów, żeby nie grać zawsze tego samego co na płycie. Co prawda, możliwości czasowe są mizerne – każdy ma swoje sprawy i do tego mieszkamy w różnych miastach – ale z drugiej strony wszyscy tęsknią za tą przyjemnością, więc jest nadzieja, że damy radę.
Oczywiście Internet nie zna granic i odległości w przekazywaniu treści. Dzięki czemu mogłem poznać waszą twórczość. Zadając Ci te wszystkie pytania mam ciągle nadzieję, że uda się Korniszonom pokonać tę odległość jaka nas dzieli fizycznie i zaprezentować „Żulię” suwalczanom… Ile to będzie kilometrów?
RP: Z wielką przyjemnością. Internet podpowiada, że z Kielc to niecałe 500 km, więc nawet rowerem damy radę. 🙂
Dziękuję za rozmowę.
RP: I ja dziękuję.











