Świerk, jodła, ku chwale godła – Takatuka bez cenzury

Fot. www.freedigitalphotos.net

Minęliśmy newralgiczny osiemdziesiąty kilometr, który zawsze jest przystankiem na wyrzucenie czarnego woreczka z chorobą lokomocyjną psa. Ten położył się już chyba uspokojony nie tyle jazdą, co pozbyciem się zbędnego balastu. W radiu słyszeliśmy Chrisa Rea «Driving home for Christmas», wszystko się zgadzało.

Autor: Artur Sawicki, takatuka.blog.pl

Zamiast przepięknie ubielonych drzew, na krańcach wojewódzkiej drogi sterczały nagie powyginane od wiatru kikuty. Wycieraczki regularnie zbierały z ubłoconej szyby brudny opad. W sobotnie wczesne popołudnie wszystkie stacje radiowe świata starały się umilić nam podróż na północny wschód. Podróż do miejsca, w którym na zimę zawsze mogliśmy liczyć, a pozostawienie samochodu na noc w kwadracie cienia skutkowało porządnym zmrożeniem połączonym z kolektywnym wyciąganiem baterii i ładowaniem wszelkimi znanymi sposobami.

Tym razem termometr pokazywał plus, a jedynie głośniejsza praca zimowych opon oraz zimowe hity przypominały nam o nadchodzącej magii świąt. Musiała jej być solidna porcja, żeby jesienną aurę przebrać w postać białej i nieco napuszonej pani. Albo przynajmniej ją taką narysować. Najmłodszy pasażer wskazywał punkty sprzedaży drzewek, choć śniegu ani śladu. Sprzedawcy jakoś bez przekonania oferowali świerki, jodły, stroiki z resztek i jemiołę, która wywołuje całowanie. Wszystko to, nawet przy odegranych po stokroć «Last Christmas» o kant dupy można potłuc. Tu i ówdzie zadzierały nosa świąteczne dekoracje, a pulsujące kontury Mikołaja wspinały się na balkony albo sterczące bure kominy. Duch w narodzie nie ginie, zwłaszcza zimą. Kalendarzowa, podobno już za nami, jednak jakaś mało towarzyska. Solidna porcja igliwia, zamiast przyozdobić biały puch zagęściła jedynie fioletowe od oparów spalin kałuże. Mijaliśmy kolejne wsie i miasteczka, a gdzieniegdzie tylko migały w oknach strojne gwiazdki i choinki, bardzo mocno kontrastując z pogodą. Ta kierowała nas wewnętrznym gps-em na fotel, kanapę albo do łóżka, zamiast z uśmiechem do kolejki po karpie albo mandarynki.

 Tegoroczna kampania przeciw ludzkości jest chyba pod znakiem obejrzanego przez wszystkich filmu – relacji z promocji karpia w jednym z marketów.

Kiedy otwierają drzwi do sklepu, nieznane są mi pobudki ludzi, którzy tłocząc się do kupienia bądź, co bądź ryby, urządzają sceny rodem z filmów o zagładzie Ziemi. Staram się być daleki od stereotypów, bo w końcu wszyscy byliśmy młodzi, słuchaliśmy wstydliwej muzyki, braliśmy udział w żenujących dziś przedsięwzięciach. Wiadomo, mamy na siebie haka. Czy w każdym wieku człowiek potrzebuje takich ilości jedzenia, towarów w ogóle? A może ludzie próbowali pośród wilków wybrać cokolwiek, co przystroi ich wigilijny stół, a przybyli goście zamiast smażonego karpia zjedzą smażoną dziczyznę upolowaną z narażeniem życia. Miejskie safari z wykupioną opcją polowania. Susz grzybowy promocja z naderwanej torby i wielokrotnie boksowane mandarynki. Tak bardzo podobne do nas, zmęczonych przy wigilijnym opłatku. Podobnie dzieje się w centrach handlowych, okazuje się nagle, że nie mamy w czym wystąpić do wieczornego śpiewania kolęd. Zbiegłe koszule już tylko straszą na wieszakach, a wujkowi Zbyszkowi, to nic nie ma na prezent. Torbę podróżną można mu kupić, może kiedyś wyjedzie do Hollywood, nakręci wreszcie ten film i odda stówę koledze, który napisał już o tym nawet w gazecie.

Zbieramy papierowe torby, ozdobne pakunki, wielokrotnie życząc uprzejmym sprzedawcom wesołych świąt. Składamy wszystko to po cichu, odliczając czas do godziny zero. Namierzamy odzież na gumce, wybieramy spośród katalogu filmów te do obejrzenia. Te o świętach i te przeciw nim, w których spotykają się i walczą potwory, które nie wymagają od nas wysiłku interpretacji, które ogląda się ciągiem. Śmiejemy się, objadamy świątecznymi potrawami. Czasem popijamy tabletkami na obżarstwo i syropem na demoralizację. Czekamy na wieczór, kiedy wspólnie z rodziną będziemy mogli skomentować rzeczywistość, może nawet pospierać się czy w sejmie można jeść, czy wypada wysyłać nauczycieli w Wigilię do roboty, czy wreszcie sensowne jest wymaganie pracy od kogokolwiek podczas świąt. Co roku zbieramy się i dyskutujemy. Podjadamy i pewno windujemy kraj na liście tych, które marnują żywność. Przeglądamy podarki, być może nucąc melodię kolędy, gdzieś zeszkli oko, kiedy coraz młodsze głosy wtórują, czasem wstydliwie na początku i zupełnie odważnie w refrenach. Gdzieś na niebie zaświeci pierwsza gwiazdka, gdzieś w tym wszystkim na chwilę znikną okna, drzwi i niebo.

Tradycyjnie przełamiemy się opłatkiem. Zbierzemy i wyartykułujemy życzenia – jak co roku o tej porze. Przyjmiemy ich wielokrotność, szczęścia, postępującego zdrowia i zmniejszenia siwizny. Poczucia wspólnoty i bezpieczeństwa już nie zabraknie. Poklepiemy po plecach, brzuchach i policzkach. Spotkamy, a może i ugościmy dawno niewidzianego gościa. Zapomnimy o całej tej gorączce przed, karp przestanie być dobrem luksusowym, a będzie jedną z dwunastu potraw na świątecznym stole. Być może przypomnimy o tych, którzy święta spędzą w samotności, może w niedostatku czy chorobie. Wspomnijmy tych, bez których to pierwsze święta. Oddamy im cześć.

Dziś znów słyszałem w samochodzie «Driving home for Christmas», dziękuję Krzychu, już dojechałem. Dwudziestokrotnie wyszedłem po brakujące upominki, wanilinowe cukry i olejki o zapachu wybaczenia i miłości. Spotkałem wzrok takich jak ja, którzy po raz kolejny odpowiadali czy sześć kilo matiasów wystarczy i czy ciocia Halina rzeczywiście ma alergię na rodzynki. Już dowiedziałem się, co nas czeka. Od ubiegłego roku odrobinę się zmieniło, może jesteśmy nieco starsi i mądrzejsi. Ha, tego życzyłem sobie chyba w zeszłym roku. Wciąż wiem, że jestem w Polsce, że światełek może zabraknąć tych w promocji, że znów kupimy za dużo gorzały, a nie wszystkich zaprosimy do przełamania się opłatkiem, że ci za oceanem będą z tęsknotą śpiewali «Lulajże Jezuniu», a ci na wyspach, co im tanie linie lotnicze zrobiły psikusa i podwyższyły ceny biletów, zjedzą śledzie i Sauerkraut, przypominając, jak kiedyś na pasterce popijaliśmy wino śliwkowe. Może nawet zanucą kolędę i pomyślą o kolejnych świętach, a nie o Boxing dayu. Być może w przyszłym roku przygotują więcej niż dwa nakrycia przy stole. Że za rok karp będzie dla każdego, tak jak opłatek, jak wigilijny barszcz i dobre słowo. Mam nadzieję, że wschodni sąsiad nie odegra nam salwy na nowy rok. Okołoziemska nerwowa atmosfera się uspokoi, ludzie będą jeść w stołówkach, pracować w dzień i spać w nocy, będą poznawać i zdobywać, spełniać marzenia, cieszyć się i jednoczyć. Bylebyśmy zdrowi byli, wszystkiego najlepszego.

Wesołych Świąt!

Dodaj komentarz