Recenzja książki Wojciecha Koronkiewicza „Z Matką Boską na piechotę. Opowieści z pielgrzymek i wędrówek po Polsce, o tym jak Matkę Bożą papieżowi ukradziono, jak ją mieczem rąbano, w jeziorze topiono, jak się na drzewie ukazywała i na pytania odpowiadała”.
Przyzwyczailiśmy się, że półka z książkami wydawnictwa „Paśny Buriat” kilka razy do roku powiększa się o kolejne ciekawe pozycje. Część z nich w chwilę po wyjściu z drukarni niczym świeży i jeszcze ciepły chleb rozczytywana jest w drodze. Inne wymagają spokojnego czytania z kubkiem ciepłej herbaty w ręku. Jeszcze inne cierpliwie czekają na swój dzień, by roztoczyć przed czytelnikiem swoje walory. Tak właśnie jest z książką Wojciecha Koronkiewicza pt.: „Z Matką Boską na piechotę. Opowieści z pielgrzymek i wędrówek po Polsce, o tym jak Matkę Bożą papieżowi ukradziono, jak ją mieczem rąbano, w jeziorze topiono, jak się na drzewie ukazywała i na pytania odpowiadała”, na którą właśnie teraz przyszedł czas. Już sam tytuł ze swoją niezwykłą barokową – tak myślę – koncepcją opisową zdradza, że mamy do czynienia ze zjawiskami nietuzinkowymi. A gdy dodamy do tego całą serię zdarzeń kryminalnych – „kradziono”, „rąbano”, „topiono”, wówczas nie trzeba nic więcej, by dać się wciągnąć w iście przestępczy świat przedstawiony przez autora.
Recenzja w cyklu „Z półki Paśnego Buriata”.
Książki z Matką Boską w tytule, w serii Wojciecha Koronkiewicza cieszą się słusznym zainteresowaniem. Tytularny bohater i skupiona wokół niego tematyka są bardzo podniosłe. Czemu zatem sięgam po tę pozycję, choć mam ją na półce już od jakiegoś czasu?
Ano dlatego, że w treści dotyka bardzo ciekawego zjawiska, jakim jest wędrówka. A tę, zwłaszcza porządnie zaplanowaną i zorganizowaną, wielodniową, wymęczającą, ale i dającą ogrom satysfakcji – bardzo szanuję, choć staram się jej nie narzucać.
Tym razem autor zaprasza nas na szlak wędrowny. I choć na początku bez przekonania, wszak od czegoś trzeba zacząć, to opowieści zaprawionego w pielgrzymowaniu sąsiada po raz kolejny zasiewają ziarno odkrywcy. Jak się szybko okazuje jest co odkrywać. I nie jest to tylko tani frazes, a pełne argumentów przekonanie. Śledząc w pierwszych rozdziałach książki trasę przejazdu autora, uzmysławiam sobie, że recenzowana książka jest nie tylko przewodnikiem kulturowym po miejscach, ale też doskonałą i co ważne atrakcyjną lekcją historii. Pierwszym przystankiem na drodze pątniczej jest Kodeń, a w nim cudowny obraz Matki Boskiej, z którym wiąże się wprost nieprawdopodobna opowieść. Jak bardzo jest ona prawdziwa? Tego chyba nikt nie wie, a tak po prawdzie to może warto zadać inne pytanie: Czy godzi się wiedzieć? Opowieść o kradzieży cudownego obrazu jest wręcz legendarna. Kto wie, może nawet więcej niż jedno ziarenko prawdy w sobie zawiera. Przytoczona natomiast w przewodniku pozwala w inny sposób spojrzeć na historię Kodnia.
W innym miejscu autor opisuje swoją wyprawę na zachód. Najpierw do Konina, by później, już w godzinach nocnych pieszo przemierzać trasę do Lichenia. Ze znaną sobie lekkością pan Wojciech relacjonuje każdy przebyty kilometr drogi. Zaprasza czytelnika do współrozmyślań o pogodzie, intencjach, motywacji. Skupia uwagę na obserwacji własnego ciała, szans i zagrożeń wynikających ze zmieniającej się wraz z wiekiem kondycji. Historia sanktuarium w Licheniu, do którego strudzony dociera, to kolejna opowieść w dyskretny i niewymagający sposób systematyzująca dotychczasową wiedzę i uzupełniająca ją o próby odpowiedzi na aktualnie zadawane przez pana Wojtka pytania. Taka interaktywność.
Innym miejscem, do którego zabiera nas autor, tym razem autem – jest Skępe. Tu w klasztorze zachowana jest charakterystyczna rzeźba przedstawiająca Matkę Boską Brzemienną. Czytając ten rozdział poczułem się jak małe dziecko, które zachwycone tym, co widzi zasypuje rodziców serią pytań tak szczegółowych, na ile tylko pozwala mu wyobraźnia. A może pytania, które w tym miejscu postawił również autor, to jakaś próba odnalezienia siebie w kontekście wydarzających się cudów?
Nieco ponad dwieście kilometrów na północ od miejscowości Skępe znajduje się kolejna pielgrzymkowa destynacja. Jest nią Gdańsk. Tu pielgrzymka Wojciecha Koronkiewicza ma do odwiedzenia trzy punkty: na ulicy Świętojańskiej, Podmłyńskiej i Żabi Kruk. W każdym z tych miejsc znajduje się wyjątkowy pod jakimś względem obraz. Czytając kolejno opisy tych obrazów i osobiste bardzo emocjonalne relacje autora, z coraz większym przekonaniem stwierdzam, że odtąd, zamiast na popularnych przewodnikach turystycznych, budować będę swoją sakro-turystyczną marszrutę właśnie na podstawie książek Koronkiewicza. Ot tak.
Jeszcze innym, i podobnie niezwykłym miejscem pielgrzymkowym jest Gietrzwałd. Wielokrotnie sam pielgrzymowałem w to miejsce i stykałem się z patetycznym podejściem zarówno do Justynki Szafryńskiej, jak i zaleceń, a może nawet wymagań stawianych ludziom przez Matkę Boską. Tym razem wiedziony przez Wojciecha Koronkiewicza zwróciłem uwagę na coś innego. Na dziecięcą prostotę i czytelność słów dziewczynki. Cytowane fragmenty opowieści o objawieniach są jakby trochę przez autora ironizowane, a kulminacją całego konceptu sprawdzian siły wiatru, względem banknotu ofiarnego. Jakby rozładowania napięcia.
Kwintesencją pielgrzymowania opisaną przez Wojciecha Koronkiewicza jest jego udział w pieszej pielgrzymce z Warszawy na Jasną Górę i opis specyfiki pieszej peregrynacji do narodowego sanktuarium. Czytając tę część odniosłem wrażenie, że wszystkie wcześniejsze przygody pielgrzymkowe, były jedynie etapem przygotowawczym do tej najważniejszej trasy. Z radością stwierdzam, że doświadczenia autora opisywane na kolejnych kilkudziesięciu stronach, nie różnią się zbytnio od tych, które miałem możliwość współdzielić w połowie lat dziewięćdziesiątych, zmierzając osobiście pieszo z Suwałk do Częstochowy, czy z Suwałk do Wilna. Tę część poczytuję za bardzo ważne i dojrzałe spojrzenie na drogę, czas, ból i niewygodę, a także radość płynącą z osiągniętego celu. Tak potrzebne literackie spełnienie.
Recenzowana książka Wojciecha Koronkiewicza dotyka w swej treści bardzo ważnego z socjologicznego punktu widzenia tematu społecznej mobilności. Cudowne i na poły nierealne wydarzenia, z którymi autor zaznajamia nas w pierwszej części, gdy w formie opowieści docierały pod strzechy chat chłopskich, których nikt nie opuszczał dalej aniżeli w niedzielę do najbliższego kościoła, miały już kiedyś za zadanie wzbudzić zachwyt nad światem, według kryteriów boskiej sprawczości. Opowieści o czyniącym cuda obrazie, brzemiennej rzeźbie, uzdrawiającym źródełku, czy spotkaniu z Matką Boską, stanowiły w dawnych czasach swoisty domowy katechizm i źródło wiedzy o świecie. Był to skodyfikowany według zasad narracyjnych schemat postępowania, którego przestrzeganie miało zapewnić szczęście. Nie było potrzeby weryfikacji tych opowieści, ani tym bardziej podejmowania samodzielnej wyprawy. Wojciech Koronkiewicz decydując się na wyruszenie szlakiem miejsc pielgrzymkowych, przekroczył niewidzialną, a może tylko niedefiniowaną dotąd granicę między legendą i rzeczywistością. W atrakcyjny literacko sposób pokazał, że są takie miejsca w Polsce, w których sacrum styka się z profanum i tylko od współczesnego człowieka zależy, w jakim stopniu jest w stanie przyjąć przekazywane przez pokolenia treści.
W części dotyczącej pieszego pielgrzymowania autora do Częstochowy widzę natomiast ciekawe studium przypadku, które jest dziennikarską relacją jednego ze sposobów spędzenia czasu. Jest to cenna lektura, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mocno cenzurowana i redagowana.
Co sądzę o przeczytanej książce Wojciecha Koronkiewicza? Jednym zdaniem nie da się tego powiedzieć. Do mnie trafiła. Zainteresowała warstwą faktograficzną, towarzyszącą cudownym opowieściom. Rozbudziła chęć samodzielnego odwiedzenia kolejnych stacji pielgrzymkowych. Wywołała całą gamę wspomnień.
Pozwolę sobie zatrzymać ją na dłużej, a jeżeli tylko będzie okazja zabiorę ze sobą – tak zwyczajnie – na piechotę.

Wydanie I
Suwałki 2025
Wydawnictwo Paśny Buriat
ISBN: 978-83-976904-0-0
ss. 254










