Stan wyjątkowy – Takatuka bez cenzury

Stan wyjątkowy – Takatuka bez cenzury Niebywałe Suwałki

Wyjątkowi z nas szczęściarze. Dotrwaliśmy niemal do końca roku, a przy odrobinie szczęścia na żywo obejrzymy koniec świata. Temat się już chyba trochę wytarł, bo coraz ciszej o nim. Pojawiają się tu i ówdzie tylko ogłoszenia o przyjęciu wartościowych rzeczy na dzień przed godziną zero. Ludzie nawet w sytuacjach kryzysowych potrafią okazać serce, prawda?

Autor: Artur Sawicki, takatuka.blog.pl

Trzydzieści jeden lat temu generał z telewizora wprowadził stan wojenny. Niespecjalnie czuliśmy się wtedy dobrze. Gdzieś w pobliżu Suwałk, dwutygodniowy chłopiec wgapiał się w ciemne i jasne plamy świateł świata. Przepustka wysępiona w jakimś urzędzie pozwoliła na swobodny przejazd autem między granicami miasta, ze szpitala do domu. Dostał dom, ciepło i schronienie, ktoś stał nad nim, zmieniał cały ten bieliźniany arsenał, karmił, poił. Wychował na człowieka, który już od ponad dwudziestu lat drepcze po wolnej, polskiej ziemi. Przetrwałem razem z innymi awarię w Czarnobylu, obleśny płyn Lugola – podany w obskurnej przedszkolnej łazience był jednorazowym złem. Jak ruska wódka, wstrząsa tylko po pierwszym.

Przygód dostarczano nam bez liku, przełom społeczno-polityczny, upadek komunizmu, pojawienie się produktów, które pozwalały zutylizować gromadzone, dotychczas, po nic, kieszonkowe. Dawkowanie przyjemnych doznań dla odbiorów w każdym wieku, wychodziło całkiem dobrze. Wypożyczalnie kaset wideo, marzenie każdego, małego i dużego.

Większość z nas wtedy chętnie dałaby sobie wstawić regał gigant do pokoju i otwierać co 4 minuty drzwi wejściowe. Karta, zwrot, wybór, kasa, do jutra. I tak w koło. Sakiewka rosła. Chodziliśmy do szkoły, może i lepszej, na religię nie trzeba było dymać do nieokreślonych budynków z dziwnymi lokatorami. Podręczniki szkolne, który zaczynały nieco odważniej mówić o historii. Jeszcze do niedawna obejrzeć można było u sąsiadów lodówkę oklejoną naklejkami Solidarności.

Przeszliśmy w pożółkłych adidasach i powyciąganych bluzach po kałużach, z bazarów, sklepów wielobranżowych, sprzedawanych na ulicy fantów z całego świata, do centrów handlowych, galerii i pasaży. Z otwartymi ustami przyjęliśmy to wszystko, co dawała nam zachodnia Europa, te symbole i znaki. Netto, brutto, pełen asortyment, bez przeceny, bez promocji, pełna stawka, mamy to!

My też byliśmy, stawaliśmy się, może tylko trochę wolniej, jak wszyscy. Europejczycy. Mieliśmy nieco więcej sprowadzonych Volkswagenów i Audi, pojawiły się Telefunkeny, grające i wyświetlające polskie kino. Media ożyły, wjechało emtiwi, grunge i gadżety. Zdawało się pewnie i niektórym, że to już dość, że to już wszystko. Doczekać wystarczy do wieku starczego, zaraz potem, trzydzieste urodziny i z całą odpowiedzialnością, oddać się radosnym uciechom pracy i spędzania wolnego czasu na niechodzeniu do szkoły. Póki młodość w nas pulsowała, próbowaliśmy wszystkiego, łączyliśmy i dzieliliśmy siebie i innych, eksperymentowaliśmy, walczyliśmy i wygrywaliśmy. Chcieliśmy być, tworzyć, mieć jakąś cząstkę stworzoną własnymi rekami. Dla potomnych zostawialiśmy wyryte znaki na pomostach, kapsle pod kamieniami, gumy do żucia przyklejone pod ławką, czy wreszcie – album, obraz, wiersz.

Świat nas oszczędził, pokazał wszystkie opcje, wtedy kiedy potrafiliśmy z nich dobrze korzystać. Może i jesteśmy mistrzami świata w narzekaniu, użalaniu się nad swoim narodowym i historycznym losem, nad naszą nie całkiem sprawną europejskością. Jesteśmy szczęściarzami, że smutki utopimy w czystej ze śledzikiem, nieszkodliwie wiotką pięścią damy sobie po razie. Wygadamy się nieznajomemu, jeszcze zbratamy, a na koniec kac zadba o to, by prędko tego nie powtórzyć.

Cieszę się, że nie jestem z ojczyzny zarośniętych, zmrużonych kowbojów, co coltem wymierzali sprawiedliwość, coś za nich decydowało o ludzkim losie. Zdecydowanie bardziej wolę nasz etos szlachcica. Może i chłopski, może siermiężny, często zaściankowy, ale nigdy społecznie wrogi, niezrównoważony. Legendy o rewolwerowcach obrosły dziś zero-jedynkowym cyfrowym światem, colty zamieniły się w ogólnie dostępne, matczyne beretty, tak na wszelki wypadek. Dziś już nie trzeba przebierać się za kowboja, każdy może się nim stać. Pojedynki zamieniono na egzekucje. Stan wyjątkowy, ale niewinnym szczęścia niestety nie wystarczyło. Spoczywajcie w pokoju.

Rys. www.freedigitalphotos.net

Dodaj komentarz