Za nami Jesionowa Cross (relacja, foto)

W niedzielę, 14 kwietnia na terenie WOSiR „Szelment” odbyła się impreza biegowa Jesionowa Cross, zorganizowana przez Fundację „Kierunek Ultra”. Poniżej publikujemy relację Grzegorza Olesiaka.

Zwycięzcy Jesionowa Cross: INTRO – Radosław Milewski – Suwałki (25:17) i Marzena Łaskowska – Olecko (25:37), EXPERT – Robert Kamela – Warszawa (50:11) i Aneta Sakowska – Warszawa (1:07:13), TYTAN – Wojciech Sztabiński – Frącki (1;19;24) i Aniela Żukowska – Białystok (1:35:55:). Najmłodszy zawodnik – Igor Nowicki pokonał Intro w czasie 32:59.

Przebiegłem dzisiaj trasę Jesionowa Cross. Jesionowa to taka góra pod Suwałkami, a w najbliższą niedzielę odbędą się tam wyjątkowe zawody. Dokładnie po znakach, bo trasa jest już dokładnie wyznaczona taśmami. Biegać po tej górce tak sobie, nawet wieszać oznaczenia to jedno, ale przebiec ją dokładnie tak, jak na zawodach, to zupełnie inny kosmos :-). Trasa jest po prostu fantastyczna! Znam inne „nizinne trasy górskie”, jak Falenica czy Monte Kazura, ale to tak jakby porównywać Himalaje do Beskidów. 

Na 5-kilometrowej pętli jest 5 podbiegów na szczyt i pięć zbiegów. Ci, co w niedzielę na zawodach będą robić trzy pętle, na pewno będą te podbiegi liczyć, bo nie da się ukryć, że jest trudno. Zdecydowanie trudno! 

Już pierwszy podbieg daje 60 m przewyższenia i jest baaaardzo stromy. Radzę rozgrzać się przed startem, bo achillesy dostają porządnie w… ścięgna. Dalej jest łagodny dosyć zbieg, powiedzmy, że równy (jak na Jesionową), widać zarys ścieżki, więc można się rozpędzić. Nawrotka w prawo na trawie i z powrotem na górę. Drugi podbieg jest na początku łagodny, ale pod koniec wchodzi w las, gdzie ścieżki nie ma wcale, oznaczeń trzeba wypatrywać wśród gałęzi, a podchodzi się czasami na czworakach. Achillesy znowu się przydadzą. 

Na szczycie ponownie skręt w lewo (na szczycie zawsze jest w lewo, na dole w prawo) i szybki, długi zbieg, bez ścieżki, trasą zjazdową (ostrożność wskazana). Tu jest najdłuższy odcinek całkowicie biegowy, bo biegnie się na dół, chwilę po płaskim, a następny podbieg (trzeci) jest na tyle łagodny, że jak ktoś przepracował jakieś górki tej zimy, to podbiegnie całość. Zbieg szybki, nawrotka i jesteśmy na czwartym podbiegu. Teraz zaczyna się to, co najpiękniejsze. 

Okazuje się, że biegniemy zarysem drogi gruntowej, która ładnymi zakrętami łagodnie wchodzi na szczyt. Jednak nie nasza trasa :-). Na trzecim zakręcie droga skręca w prawo, a trasa prosto, przez trawy, na absurdalnie strome zbocze, jedno z tych, przed którymi stajesz i myślisz sobie: „Naprawdę tam?” Dobrze, że człowiek ma cztery kończyny, przydadzą się wszystkie :-).

Dalej biegniemy krawędzią jakby starej piaskowni (bo chyba nie kamieniołomu), po lewej łagodnie, ale po prawej… strome – chociaż niezbyt głębokie – obrywy, uważność bardzo wskazana. Jeszcze dalej jest jedyny na trasie trawers, dosyć wysoko i bardzo malowniczo poprowadzony, z odcinkiem przez okopy z czasów II wojny światowej – uwaga na głębokie pozostałości bunkrów. 

Wbiegamy w końcu (prawie) na szczyt, chwilę wzdłuż lasu i spotykamy drogę prowadzącą na dół. Tym razem jest to prawdziwa droga, szeroka i wyłożona kostką. Dla odmiany twardo, ale oczywiście bardzo szybko. 

Przed nami ostatni, piąty podbieg. Widać już w oddali metę (obiegliśmy prawie całą górę), ale trasa pnie się ponownie pod górę. Tym razem idziemy (jak ja chciałbym napisać biegniemy!) głębokim wąwozem, który przypomina nieco fantazyjnie pozakręcany half pipe dla snowboardzistów. Aż nie chce się wierzyć, że to też lodowiec wykonał :-).

Z góry już tylko na dół, ale raczej ostrożne, bo ostatni zbieg, mimo że krótki, jest najbardziej stromy ze wszystkich, i to tak bardzo, że w Szczyrku trudno byłoby znaleźć podobny!

Generalnie – rewelacyjna trasa, bardzo urozmaicona, a specyfika takich górskich zawodów sprinterskich dodaje jej potężny zastrzyk adrenaliny.

Fot. Agnieszka Koziak

Dodaj komentarz