Wzniosła atmosfera enigmatycznych wspomnień – wywiad z Janiną Wierusz-Kowalską, malarką i potomkinią Alfreda Wierusza-Kowalskiego

Janina Wierusz-Kowalska, potomkini wybitnego polskiego malarza Alfreda Wierusza-Kowalskiego, to artystka, która w przeciwieństwie do swojego przodka za środek artystycznej ekspresji wybiera wielkoformatowe malarstwo abstrakcyjne. Z przedstawicielem szkoły monachijskiej łączy ją jednak zamiłowanie do malarskiej klarowności i czystości form, jak również pielęgnowanie twórczej niezależności i żywiołowość. Z okazji kończącego się roku Alfreda Wierusza-Kowalskiego, artystka opowiada o niełatwej drodze do osiągnięcia przywileju bycia malarzem, żywej wciąż legendzie słynnego monachijczyka, a także o kontynuowaniu twórczych tradycji przez jego potomków.

Z Janiną Wierusz-Kowalską rozmawiała Róża Jachyra.

Kończy się rok Alfreda Wierusza-Kowalskiego, wybitnego przedstawiciela polskiego malarstwa realistycznego. Nosi Pani to samo nazwisko, jest Pani malarką – jakie dokładnie rodzinne koligacje łączą Panią z malarzem ze szkoły monachijskiej?

Janina Wierusz-Kowalska: Niestety, nie jestem w stanie udzielić precyzyjnej odpowiedzi na to pytanie – przynajmniej nie teraz. W moim niezwykle ekspresyjnym życiu nie było miejsca, ani czasu na przeprowadzanie tego typu ścisłych badań. Od mojego ojca i starszego brata wiem jednak, że pochodzimy z tej samej linii Wieruszów-Kowalskich, herbu Wieruszowa, co Alfred Jan. Bowiem ten ród, niezwykle rozrośnięty, tworzył różne linie. Geny sztuki muszą więc być bardzo silne, skoro wielu przedstawicieli tego rodu ją uprawiało i uprawia nadal.

White ribbons
White ribbons

Tradycje artystyczne są w Pani rodzinie bardzo silne. Czy są one nadal pielęgnowane i w jakich artystycznych kierunkach podążają inni członkowie rodziny?

Rodzina rozrzucona jest po całym świecie, a ja co jakiś czas odkrywam kolejne kontakty i zdumiewa mnie fakt, jak wielu przedstawicieli tego rodu uprawia sztukę i wykazuje talenty artystyczne. Na przykład w Brukseli tworzyła słynna TAPTA (Wierusz-Kowalska) – wybitna rzeźbiarka, twórczyni szkoły artystycznej. Jej córka, Joanna jest znanym w Brukseli architektem. W Rzymie tworzy i pracuje jako grafik Maria Beatrice Wierusz-Kowalska, moja bratanica. W Londynie maluje i pracuje jako designer w Christie’s moja córka, Aniela. Druga moja córka, Urszula para się fotografią artystyczną. W Paryżu malowała oraz była wybitnym konserwatorem dzieł sztuki w Luwrze, wnuczka Alfreda, Joanna. Ponadto Czesław, Karol, Mieczysław Wieruszowie-Kowalscy to znani malarze. Tworzyły i tworzą artystki z rodziny Levitoux (de domo Wierusz-Kowalskie). Mój ojciec Eugeniusz i jego brat, Tadeusz byli wybitnie utalentowani artystycznie, choć zmuszeni byli do uprawiania innych zawodów.

Freely shaped form
Freely shaped form

Czy postać Alfreda Wierusza-Kowalskiego i jego twórczość miała wpływ na ukształtowanie się pani osobowości artystycznej?

Twórczość Wierusz-Kowalskiego nie miała wpływu na ukształtowanie się mojej osobowości artystycznej, bo przez długie lata nic nie wiedziałam o koligacjach rodzinnych, o herbie, o nazwisku. Owszem, wyrosłam w domu pełnym obrazów, kopii dzieł Alfreda, malowanych przez mego ojca i we wzniosłej atmosferze enigmatycznych wspomnień. Ale w szarzyźnie i izolacji komunizmu, w uciążliwościach dnia powszedniego, trudno było marzyć o uprawianiu sztuki. Kiedy zyskałam świadomość rangi mojego pochodzenia i poznałam dzieła wielkiego malarza, zaczęłam snuć plany, że kiedyś będę uprawiała sztukę godną wielkiego antenata. Ale najpierw były całe dziesięciolecia walki o przetrwanie i czas poświęcony prowadzeniu założonej przeze mnie szkoły artystycznej.

Myślę jednak, że mój stosunek do sztuki, pełen szacunku i respektu, wziął się w jakiejś mierze z szacunku do twórczości Wierusza-Kowalskiego. Podziwiałam tego artystę za żywiołowość, za czystość formy, za klarowność barw. Jego perłowe szarości i czyste błękity są mi bliskie. Nie lubię bowiem nadmiaru „ciepła”: ugru, sieny, ciepłej żółci, brudnych brązów i rozedrganej, bełkotliwej formy.

Red and Blue Ribbons
Red and Blue Ribbons

Wierusz-Kowalski był mistrzem realizmu, Pani natomiast posługuje się głównie językiem geometrii i abstrakcji. Nigdy nie ciągnęło Pani w kierunku przedstawień figuratywnych?

Figuratywność postrzegana jest zazwyczaj jako przedstawienie figury ludzkiej i konkretnego przedmiotu wytworzonego przez człowieka. A przecież istnieją różne przedstawienia i pojęcia figur, choćby geometrycznych. Moja droga do malarstwa syntetycznego była bardzo długa, choćby dlatego, że przez większość mojego życia malarstwo nie miało szansy bycia moim zawodem. Na przywilej zaistnienia jako malarz, musiałam pracować całymi latami. Malowałam więc obrazy realistyczne sensu stricte, portrety na zamówienie i kopie wielkich mistrzów. Musiałam zdobywać środki do życia. Ale dzięki nim, zwłaszcza kopiom wybitnych malarzy: Velazqueza, Rubensa, Tycjana, a również Moneta, Renoira, Hoppera, nauczyłam się tego trudnego rzemiosła. Osiągnęłam perfekcję techniczną, poznałam style, rodzaje ekspresji, odkryłam wiele tajemnic mistrzów pędzla. Zrozumiałam wtedy, że im większy mistrz, tym większy porządek panuje w jego sztuce. Kopiowanie złego malarza jest o wiele trudniejsze, bo nie ma tam żadnej konsekwencji ani reguł. Pokrętny kamuflaż który stosuje taki malarz imitując sztukę, jest nie do rozszyfrowania.

W moim odczuciu malarstwo musi mieć moc, niezależnie od zastosowanej formy. Wtedy dialog między gatunkami jest możliwy; czy to realizm, czy abstrakcja. Świeżość przekazu możemy odnaleźć zarówno w malowidłach naskalnych jak i w obrazach Picassa. Imitacja postaci ludzkiej, apoteoza jej gestów i zachowań, powierzchownych działań, nie jest słuszniejsza i bardziej pożądana dla malarstwa, niż wybór innych elementów naszej rzeczywistości, znacznie mniej nachalnych i zaborczych, niż człowiek. W epoce miliardów atakujących nas zdjęć, wizerunków, sytuacji, mówiących o ekspansywności gatunku ludzkiego, może warto spojrzeć w głąb świata wycofanego? Picasso powiedział „śpiewu ptaków nie rozumiesz”… życie warte uwagi to nie tylko człowiek. Kropla wody żyje, żyje liść i ziarno piasku. W tamtą stronę kieruję moją uwagę – ku światowi makroskopii. Tam właśnie rodzi się moja „abstrakcja”.

Duo
Duo

Urodzony w Suwałkach Wierusz-Kowalski mieszkał w Kaliszu, studiował w Warszawie, Dreźnie, Monachium, odbywał podróże do Północnej Afryki. Wszystko to wpływało na twórczość malarza, którego ulubionymi tematami pozostawały jednak cały czas sceny historyczne i batalistyczne. Co należy do Pani największych inspiracji i jak przekładają się one na efekt końcowy dzieła?

Nigdy nie myślałam w ten sposób, że muszę odbywać podróże artystyczne, czymś specjalnym się nasycać. Nigdy nie było mi potrzebne „środowisko artystyczne” i sztuczny szum. Skoro nie mogłam dyskutować o sztuce z Picassem, to zamiast iść na mierną wystawę, czytałam „Rozmowy z Picassem”. Skoro nie mieszkałam w Paryżu ani w Nowym Jorku, lecz w miejscu, z którym nawet się nie utożsamiam, to sięgałam raczej po albumy z wybitną sztuką i płyty z najlepszą muzyką. Reszty dokonała wyobraźnia. Naprawdę, trudne życie wykształciło we mnie takie przeświadczenie, że wystarczy mi kartka, ołówek, farby i płótno, a także zapłacone rachunki, żeby tworzyć i odkrywać swoje malarstwo. Byłam raczej jak niewidomy twórca pierwotnego bluesa z Delty Luizjany, który wsłuchany był w jakiś daleki zew.

Więcej informacji na stronie: janinawieruszkowalska.com

Dodaj komentarz