Reklama

Nie mam dobrych wiadomości dla mieszkańców Suwałk. Wywiad z Michałem Buczyńskim, prezesem Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w Suwałkach

Data:

- Reklama -

Są podwyżki – widać je na każdym kroku. Czy mamy szansę na rekompensaty i zamrożone ceny energii? Dlaczego w Suwałkach wiele centralnych schematów i rozwiązań nie zadziała? Z jakiego powodu nie mogą zostać wprowadzone? Na co musimy się przygotować i czy takich sytuacji mogliśmy uniknąć?

Z Michałem Buczyńskim rozmawiała Iwona Danilewicz.

Wywiad zrealizowany został we współpracy z lokalem KOKU Sushi w Suwałkach, ul. Waryńskiego 7.

Iwona Danilewicz: Gdy w 2019 roku został Pan prezesem PEC-u, spodziewał się Pan, że nadejdzie taki moment, gdy temat energii i ciepła rozpali Polaków do czerwoności?

Michał Buczyński: Ostatnie lata to okres bardzo dynamicznych zmian w branży, głównie będących wynikiem realizowanej polityki klimatycznej, która jest języczkiem u wagi na poziomie całej Unii Europejskiej i to ma swoje skutki rzutujące również na nas, w naszej codziennej, operacyjnej działalności.

Polska i Unia w jednym stały domu… Podobno.

… Nie ma u nas determinacji we wdrażaniu dyrektyw związanych z implementacją prawa europejskiego lub wdrażamy je wybiórczo, co nie pozwala na uchwycenie szerszego kontekstu całego zagadnienia. To jest bardziej gra na przeczekanie i ciągłe kontestowanie polityki dekarbonizacyjnej – próba dawania legitymacji dla spalania paliw kopalnych, co się później przekłada bardzo mocno na brak regulacji w zakresie prawa krajowego. A to funkcjonuje trochę w oderwaniu od sytuacji na zachodzie Europy. Niestety, my wszyscy dostajemy rykoszetem. Mamy obecnie trzy duże dokumenty strategiczne, które mówią o tym, jak powinna wyglądać energetyka w naszym kraju. Są to: Polityka Energetyczna Polski do roku 2040, Krajowy plan na rzecz energii i klimatu na lata 2021 – 2030 oraz projekt Strategii dla ciepłownictwa do 2030 r. I te wszystkie dokumenty żyją własnym życiem, brak w nich spójności oraz określenia konkretnych ram dla prowadzenia procesu transformacji branży.

Mamy w obiegu polskie dokumenty i dokumenty europejskie, dotyczące polityki klimatycznej. Z tego, co Pan mówi, wynika, że funkcjonujemy w wielkim chaosie. W jakim miejscu – jeśli chodzi o realizację tych wszystkich założeń – znajduje się Pana zdaniem Polska?

Stoimy w rozkroku pomiędzy różnymi wizjami modelu funkcjonowania szeroko rozumianego rynku energii. Wciąż próbujemy wyciągnąć, ile się da z energetyki konwencjonalnej będącej podstawą stabilności systemu, ale jednocześnie widzimy jednak – w dalszej perspektywie – nieuchronność pewnych procesów wdrożonych na poziomie Unii Europejskiej, w zakresie odchodzenia od paliw kopalnych. Wszystko to jednak ma zbyt małą dynamikę, by móc nas uchronić przed poważnymi kłopotami, które czekają za rogiem i materializują się w postaci wysokich cen energii. Kryzys energetyczny, którego doświadczamy byłby dla nas zapewne mniej dotkliwy, gdybyśmy jako kraj mieli większy udział OZE w produkcji energii oraz konsumowali ją w bardziej oszczędny sposób.

To pozwalałoby na minimalizowanie kosztów operacyjnych działalności, takich jak chociażby opłaty za emisję CO2. System ETS – nie jest idealny, wszyscy cierpimy z powodu wysokich cen emisji CO2, jednak w swoich założeniach miał on stanowić bodziec do transformacji aktywów energetycznych w kierunku nisko- i bezemisyjnych. Wpływy z funkcjonowania systemu trafiają do budżetu państwa i co do zasady – powinny wracać do energetyki, finansując transformację energetyczną, a tak się niestety nie dzieje. Patrząc zaś na ostatnie ustawy związane z instrumentami pomocowymi dla odbiorców energii czy paliwa gazowego, widzimy, że środki te chętnie są wykorzystywane do finansowania tych programów. Przychody ze sprzedaży praw do emisji CO2 wykorzystywane są do zamrażania cen, a nie na transformację energetyczną. Leczymy skutki, a nie przeciwdziałamy przyczynom.

A to są niemałe środki. W ubiegłym roku, gdy rozmawialiśmy podczas Forum Biznesowego Pogranicza w Suwałkach, wspominał Pan, że koszty praw do emisji CO2 będą horrendalnie wysokie; o jakiej kwocie dokładnie mówimy w tej chwili?

O kwocie co najmniej 25 mln złotych – a to tylko w skali naszej firmy. Kwota ta byłaby jeszcze wyższa, gdyby nie inwestycje poczynione przez spółkę w latach ubiegłych.

Jak bardzo jesteście samowystarczalni i przygotowani na trwający kryzys oraz nadchodzące wysokie fale?

To wielowątkowa kwestia.

W takim razie zacznijmy od tych, którzy ten sztorm odczują jako pierwsi – spójrzmy na problem z perspektywy odbiorców – klientów PEC-u.

Chwilowo raczej nie mam dobrych wiadomości dla mieszkańców Suwałk korzystających z ciepła systemowego. Owszem, spółka jest zabezpieczona w paliwo i przygotowana do okresu grzewczego, niemniej jednak, będzie się to wiązało dla naszych odbiorców z uciążliwościami natury finansowej, ponieważ będzie to najdroższy sezon grzewczy historii. Przez lata wytężonej pracy na rzecz naszych klientów, która dawała efekt w postaci niskich cen naszych usług, doszliśmy do ściany. Sytuacja zewnętrzna bardzo mocno rzutuje na naszą działalność i poziom kosztów ponoszonych przez spółkę. Żadne działania organizacyjne w zakresie podnoszenia sprawności procesów wytwarzania, dostawy i dystrybucji ciepła nie są w stanie skompensować wzrostu kosztów paliwa czy praw do emisji CO2.

Wystarczy powiedzieć, że w ostatnich latach wydatki na paliwo wynosiły około 20 mln zł, a dziś będzie to niemal 70 mln (średnia cena jednej tony wzrosła dla węgla z 330 zł do 1200 zł, a maksymalnie do 1750 zł, dla biomasy ze 160 zł do 450 zł), koszt umorzenia praw do emisji CO2 za obecny rok wyniesie niemal 30 mln zł. Dodatkowo ustawa, która wprowadziła rekompensaty dla przedsiębiorstw ciepłowniczych, nas nie objęła. W skrócie… ceny, które mamy w taryfie za energię cieplną są – w dalszym ciągu – za niskie, w porównaniu z cenami referencyjnymi, które zostały zapisane w ustawie. W tej chwili różnica w naszej cenie za wytwarzanie ciepła w stosunku do ceny referencyjnej wynosi około 20 zł – na każdym wyprodukowanym GJ. To jest dość dużo, bo to 1/4 tej ceny. Do momentu, w którym nie osiągniemy pułapu referencyjnego, każda podwyżka będzie uderzała bezpośrednio w portfele naszych klientów. Jednocześnie, biorąc pod uwagę skalę wzrostu kosztów prowadzenia działalności oraz funkcjonujący model taryfowania dla jednostek kogeneracyjnych, nie możemy wykluczyć kolejnych podwyżek w przyszłości, ponieważ ceny ciepła nie pozwalają na dzień dzisiejszy na pokrycie kosztów związanych z jego wytworzeniem i dostarczeniem do klientów.

Czyli rekompensaty będą wypłacane dopiero wtedy, gdy podniesiecie ceny?

Zgadza się, ale to nie jest dobre rozwiązanie, ponieważ będzie się wiązało z większym obciążeniem finansowym naszych klientów.

Która opcja jest lepsza? Lepiej podnieść ceny i otrzymać rekompensatę, czy nie przekraczać progu ceny referencyjnej, żeby mieszkańcy nie płacili więcej? Co wynika z Pana analizy?

W obecnej sytuacji nie ma dobrych rozwiązań. Każde będzie mniej lub bardziej dotkliwe dla naszych odbiorców. Ponadto na dzień dzisiejszy mamy na stole absolutnego game changera w postaci ustawy blokującej ceny energii elektrycznej. Dla nas – jako wytwórcy energii elektrycznej – może mieć ona bardzo negatywne skutki w postaci konieczności uiszczania odpisu na fundusz różnicy ceny. Jeśli to ryzyko by się zmaterializowało, to będziemy zmuszeni przekazywać część naszych przychodów ze sprzedaży energii elektrycznej do powołanego ustawą funduszu, co pogorszy bilans finansowy spółki i będzie rzutowało na konieczność zwiększenia ceny ciepła, gdyż spółka zostanie pozbawiona części swoich przychodów. A proszę pamiętać, że w momencie, gdy składaliśmy wniosek taryfowy, ceny energii elektrycznej na towarowej giełdzie energii były na dość wysokim poziomie i raczej nic nie wskazywało na to, żeby miało się to jakoś drastycznie zmienić w najbliższych miesiącach (kontrakty terminowe na sprzedaż energii spadły z poziomu ponad 2500 zł / MWh do poziomu 900 zł / MWh). W związku z tym, że poziom wzrostu cen ciepła uwzględniał dodatkowe przychody, jakie spodziewaliśmy się osiągnąć ze sprzedaży energii elektrycznej, pozwalało to na zachowanie umiarkowanego wzrostu obciążeń naszych klientów za ceny ciepła. W sytuacji, w której doprowadzono do interwencji na rynku energii elektrycznej, co poskutkowało spadkiem cen oraz – wprowadzając rozwiązania zmierzające do określenia cen maksymalnych energii elektrycznej oraz mechanizmów związanych z odpisami – pozbawia się nas możliwości bilansowania kosztów związanych z produkcją ciepła, co w konsekwencji może doprowadzić do konieczności podniesienia jego ceny w najbliższej przyszłości.

Proszę nie żartować – wszystkie rozwiązania podsuwane przez rząd to tak naprawdę kłody rzucane pod nogi?

Niestety, ale w tym momencie tak to wygląda.

Przed jakimi największymi wyzwaniami spółka stoi w tej chwili?

W krótkim horyzoncie będzie to kwestia zbilansowania naszego budżetu przy bardzo skomplikowanej sytuacji zewnętrznej i związanymi z tym kosztami paliw, praw do emisji CO2, ale również innych materiałów i usług, których koszt znacząco wzrósł z uwagi na wysoką inflację i sytuację za naszą wschodnią granicą.

Co nas ratuje? Wspomniał Pan o inwestycjach w spółce, które w ostatnich latach zostały zrealizowane. W jakim wymiarze one przełożą się na „przygotowanie” PEC-u na trudne czasy?

Na pewno budowa instalacji do spalania biomasy (2 kotły). Był to bardzo duży wysiłek finansowy. Instalacja jest jedną z najdroższych inwestycji w ostatnich latach, która przynosi największe wymierne efekty. Niemal 40 proc. produkcji ciepła za ubiegły rok to była produkcja z tego źródła, co oznacza, że te 40 proc. ciepła nie było obarczone prawami do emisji CO2, a więc nie musieliśmy wykupić certyfikatów i wydawać pieniędzy.

Z drugiej strony dotknęły nas niekorzystne zmiany związane z rynkiem biomasy, która co prawda jest obecnie tańsza niż węgiel, ale mimo wszystko droga, co zmniejsza korzyści, jakie moglibyśmy jako spółka z tego tytułu uzyskać.

W ostatnich latach inwestowaliśmy również w rozwiązania pozwalające minimalizować straty ciepła – czy to na etapie jego przesyłania, czy dystrybucji – transportu do klienta. Zrealizowaliśmy duży projekt związany z termomodernizacją sieci ciepłowniczej i z likwidacją grupowych węzłów ciepła – z zamianą na węzły instalowane bezpośrednio u klienta i zasilające tylko jeden budynek.

Przy okazji inwestycji, w publicznej dyskusji pojawia się często temat wypłaty dywidend na rzecz Miasta. Zdania są podzielone – w zależności od strony reprezentowanej przez rozmówców. Czy więcej zdziałałby PEC, lepiej zabezpieczyłby się na nadchodzący kryzys, gdyby tych dywidend nie wypłacał?

Naszą działalność prowadzimy w formie spółki prawa handlowego. Niezbywalnym prawem właściciela jest oczekiwać, że będzie przynosiła ona chociaż minimalne zyski. To idea spółek kapitałowych, żeby prowadziły działalność zyskowną. Nawet jeśli jesteśmy szczególnym rodzajem jednoosobowej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością Miasta Suwałki, potrzebujemy wykazywać choćby minimalne zyski, by móc funkcjonować w krwiobiegu systemu ekonomicznego i gospodarczego. W naszej działalności korzystamy z finansowania zewnętrznego banków i instytucji tj. NFOŚiGW, więc musimy wykazywać dodatni wynik finansowy, aby być dla nich wiarygodnym partnerem. Co do samej kwestii dywidendy, to uważam, że trzeba na nią popatrzeć troszeczkę szerzej. To nie poziom wypłacanej dywidendy, a dostępność zewnętrznych środków finansowych w postaci dotacji dałby nam możliwość lepszego zabezpieczenia się przed kryzysem, pozwalając na modernizację i transformację naszej infrastruktury wytwórczej w kierunku nisko- lub bezemisyjnej. Zawsze powtarzam, że nawet w kontekście zakupu praw do emisji CO2, wolałbym, żeby pieniądze, które na to wydajemy zostały wypłacone właścicielowi w formie dywidendy, ponieważ dzięki nim moglibyśmy skorzystać wszyscy – byłaby to wartość dodana dla naszego miasta w postaci inwestycji drogowych, kulturalnych czy oświatowych.

Wywołał Pan temat wsparcia inicjatyw sportowych i kulturalnych, o którym również chciałabym porozmawiać. W obecnej sytuacji, na ile PEC może angażować się w takie działania, bez uszczerbku finansowego?

Wsparcie zostało znacznie zmniejszone. Zaangażowanie spółki w tej chwili jest bardzo niskie z uwagi na brak środków. Małym światełkiem w tunelu była ulga dla sponsorów, która zwiększała preferencje podatkowe dla firm wspierających kulturę i sport. Tę możliwość na pewno wykorzystamy, ale to są niewielkie kwoty – niewiele znaczące w bilansie spółki.

Właśnie potwierdził Pan, że PEC nie ma obecnie pieniędzy – to problem poważny, czy chwilowe zachwianie?

Widzimy, że to chwilowy problem, który swoje źródło ma w systemie taryfowania naszych usług. Spółka jest również producentem energii elektrycznej w kogeneracji i na podstawie rozporządzenia taryfowego musiała dotąd kalkulować cenę swoich usług – według metody wskaźnikowej, czyli polegało to na tym, że Urząd Regulacji Energetyki publikował wskaźniki do kalkulowania taryfy i na ich bazie nasza spółka budowała taryfę opłat. Dopóki nie było zbyt dużej fluktuacji cen, to ten model sprawdzał się raz lepiej, raz gorzej – pozwalał na przenoszenie kosztów przez taryfę, ale w ostatnich latach mieliśmy do czynienia ze wzrostem opłat. W tym momencie ten model całkowicie oderwał się od rzeczywistości, przez co spółka nie może przenieść kosztów, które ponosi na swoich klientów. Produkcja ciepła jest obarczona systemową stratą.

W tym roku zrobiono ukłon w stronę przedsiębiorstw kogeneracyjnych – takich jak nasze i pozwolono pierwszy raz od wielu lat na to, aby ze źródła ciepła wydzielić jednostkę kogeneracyjną i kalkulować ją według taryfy wskaźnikowej, a pozostałe jednostki na podstawie kosztów uzasadnionych prowadzenia działalności. To właśnie poskutkowało wzrostem cen, które widzimy w naszej taryfie od września tego roku. Wspomniane przeze mnie rozporządzenie zawierało jeszcze kilka innych pozytywnych dla jednostek kogeneracyjnych rozwiązań, ale skrojonych nie na naszą firmę. Tylko nowe jednostki, oddawane po 2010 roku, uzyskały możliwość dodania do kosztów pewnego wskaźnika dotyczącego podwyższenia kosztów. Nasza jednostka została oddana do użytku na przełomie 2008 i 2009 roku, więc nie załapaliśmy się na to. W tej chwili w Ministerstwie Klimatu trwają prace nad wycofaniem się z tych zapisów i umożliwieniem podniesienie taryfy dla takich firm, jak nasza. Niestety, cały czas ten pomysł jest w procesie legislacyjnym i nie wiadomo, kiedy wejdzie w życie. A kiedy dodamy do tego spadek przychodów z tytułu sprzedaży energii elektrycznej po ingerencji w rynek giełdowy i bilansujący, plus toczący się proces legislacyjny dotyczący ewentualnych odpisów na fundusz różnicy ceny, mamy do czynienia z gotowym przepisem na problemy, których źródło leży poza spółką, a na które musimy odpowiadać na bieżąco, by móc normalnie funkcjonować i realizować dostawy ciepła do naszych klientów.

Skalę tego problemu najlepiej zobrazować na liczbach – koszty funkcjonowania rosną nam w związku z sytuacją zewnętrzną o niemal 66 mln zł, zaś dodatkowe przychody z tytułu wprowadzonej nowej taryfy dla ciepła mogą wynieść około 42 mln zł i są obarczone dużą niepewnością, gdyż są zależne od warunków atmosferycznych, które będą panowały w danym roku. Mówimy tu tylko o największych grupach kosztów, a nie wszystkich kosztach, jakie ponosi spółka. Nawet laik widzi, że liczby te nie korespondują ze sobą w żaden sposób.

Jeśli tak się stanie, to czekają nas kolejne podwyżki?

Niestety, ale tak. Niebawem będziemy też weryfikować naszą taryfę w URE.

Analizuje Pan różne obszary działalności PEC-u. Czy jest taka potrzeba, aby spółka sprzedawała węgiel?

Z wykonanego przez nas rozpoznania rynku wynika, że raczej nie ma u nas problemu z dostępnością węgla. Problemem może być cena. Niemniej jednak sprawdzamy mechanizmy procesu ewentualnej sprzedaży oraz warunki formalne, jakie musiałyby być spełnione, by móc się tym zająć. Projekt ustawy procedowanej przez Sejm i Senat zakłada, że cena zakupu węgla przez samorząd lub wskazaną przez niego jednostkę organizacyjną ma być na poziomie 1500 zł brutto za tonę. Gdy pod koniec ubiegłego tygodnia występowaliśmy do PGE Paliwa o ofertę, otrzymaliśmy tę, która jest znana w przestrzeni medialnej, czyli 2100 złotych netto za tonę.

Jak Pan interpretuję tę różnicę?

Z opublikowanego tekstu ustawy wiemy, że cena brutto dla odbiorcy ma nie przekraczać 2000 zł brutto. Oferty dostawców nie będą korygowane do momentu podpisania ustawy przez Prezydenta, ale gdy ustawa wejdzie w życie dostawcy otrzymają rekompensaty, by węgiel do samorządów trafił w cenie 1500 zł brutto za tonę i jednym głosem mówią o tym zarówno przedstawiciele PGE Paliwa oraz Węglokoks, do których zwracaliśmy się z wnioskiem o ofertę. Należy jednak wziąć pod uwagę, że węgiel ten trzeba jeszcze do Suwałk przywieźć i zorganizować cały proces jego dystrybucji wśród mieszkańców. Te dodatkowe procesy logistyczno-organizacyjne nie mogą wynieść więcej niż 500 zł brutto, by nie przekroczyć progu cenowego określonego ustawą. Na dzień dzisiejszy samorząd zbiera zapotrzebowania w celu wstępnego ustalenia liczby gospodarstw domowych zainteresowanych zakupem węgla na warunkach określonych w ustawie.

Operacja na żywym organizmie trwa…

Niestety tak. Wszystko jest robione na żywioł. Boli nas najbardziej, że to mieszkańcy Suwałk zapłacą za zamrożone ceny energii cieplnej w innych miastach poprzez środki finansowe, które nasza spółka będzie musiała wydać na prawa do emisji CO2. Ustawa o zamrożeniu cen dla ciepłowników mówi wprost, że te środki będą wypłacane z funduszu covidowego, a ten ma być zasilany właśnie środkami z emisji CO2.

W mieście została powołana komisja ds. oszczędności. Zajmuje się miejskimi jednostkami. Prezesi spółek kwestie oszczędności mają przeanalizować sami. Jak ten proces przebiega w PEC-u?

Jako firma staramy się racjonalnie podchodzić do kwestii związanych z zarządzaniem energią na każdym etapie jej wytwarzania, przetwarzania i transportu do klienta. Przeszliśmy certyfikację w tym zakresie i spełniamy wymogi normy ISO 50001:2018. W ramach pracy zespołu dokonywane są analizy, które w krótkiej perspektywie pozwolą na pewne oszczędności. W długofalowej perspektywie powinniśmy się jednak skupić na tym, w jaki sposób racjonalnie zużywać energię. Powtarzam z uporem maniaka – najtańsza jest ta energia, której nie zużyjemy. Powinniśmy przyjrzeć się standardom energetycznym budynków i zastanowić się, jakie działania możemy wdrożyć szybko, żeby oszczędzać energię i zużywać jej mniej.

Pierwszy „raport oszczędnościowy” ma być gotowy już w listopadzie…

Jedna osoba z PEC-u została oddelegowanych do tego zespołu, kilka kolejnych pracuje intensywnie nad tym tematem w firmie. Niebawem będziemy w stanie zaproponować pewne rozwiązania, ale już teraz wystarczy spojrzeć na liczby. Średnia dla naszego systemu ciepłowniczego wynosi 150 kWh/rok/m kw. Warunki techniczne wskazują, że wskaźnik powinien wynieść do 70 kWh/rok/m kw.

Zużywamy za dużo.

Tak. Mamy bardzo wiele do zrobienia w zakresie energochłonności naszych budynków i w tym kierunku powinniśmy skierować środki na inwestycje – jeśli myślimy o działaniach długofalowych, dotyczących rozwiązania problemu nadmiernego zużycia czy ciepła, czy czy energii elektrycznej.

Obiekty poddane w ostatnich latach termomodernizacji mają znacząco mniejsze zużycie energii. Idealnym standardem byłoby budownictwo pasywne.

Zna Pan kogoś, kto ma dom pasywny?

Aktualnie niestety nikt mi nie przychodzi do głowy.

Jakie inne rozwiązania z dziedziny oze uważa Pan za dobre i korzystne, i przede wszystkim – możliwe do zastosowania w naszym regionie. Miasto należy do klastra energetycznego. Rozważaną inwestycją jest budowa farmy fotowoltaicznej.

Farma to bardzo dobry pomysł. Tak jak każdy inny sposób, by produkować i zużywać własną energię.

Nie uważa Pan, że to pomysł spóźniony o kilka lat?

Nie chciałbym wypowiadać się w tym zakresie – do niedawna bilans ekonomiczny tego typu instalacji był zdecydowanie mniej korzystny niż obecnie. Niemniej jednak, gdy myślimy o budowie takich instalacji przez przedsiębiorców – na rzecz zakładów przemysłowych bądź innych miejsc pracy, to jest to idealne rozwiązanie, gdyż profil zużycia energii pokrywa się z profilem jej produkcji w instalacji oze.

Poza fotowoltaiką, w jakim kierunku skierowałby Pan działania inwestycyjne?

W kierunku tego, co zostało zablokowane w ostatnich latach, czyli energetyki wiatrowej. U nas wietrzność jest na wyjątkowo wysokim poziomie i warto z niej korzystać. Powinniśmy inwestować w wiatr, słońce i biomasę, która pochodzi ze zrównoważonych źródeł. Wcześniej sprowadzaliśmy ją z zagranicy, teraz korzystamy w większym stopniu z lokalnych zasobów. To pieniądze, które zostają u nas w postaci podatków, nowych miejsc pracy – będą wartością dodaną dla całej lokalnej społeczności.

Dziękuję za rozmowę.

Leave a Reply

Udostępnij:

Reklama

Najczęściej czytane

Przeczytaj więcej
Powiązane

Czy PEC będzie dostarczał energię do miejskich jednostek? Miasto testuje pomysł

- Miną lata, mam nadzieję, że nie świetlne, zanim...

Spalarnia śmieci w Suwałkach – petycja, sprzeciw i… małe zainteresowanie spotkaniem (audio)

Pomysł budowy spalarni śmieci w Suwałkach - Instalacji Termicznego...

Chcą zbudować spalarnię w Suwałkach (audio)

Inwestycja, która może pochłonąć od 130 do 150 mln...

Dobra temperatura dla naszego zdrowia i portfela

Sezon grzewczy trwa często aż do maja, a rozpoczyna...
%d bloggers like this: